Nieco inaczej
Listopadowe dni nie wszystkich przyprawiają o zachwyt i radość w oczach. A jednak nieustanne narzekanie na wszystko, co nas otacza nie jest postawą charakteryzującą nas – chrześcijan. Chcę, by ten nieco inny artykuł przybrał formę dziękczynną za tak piękny świat. Chcę również zwrócić uwagę na bagatelizowane przez prozę życia elementy składające się na świat... Zatem od czego zacząć?
Niebo! Przyznam szczerze, że uwielbiam spoglądać o różnych porach dnia i nocy na górne rejony. I być może wiele osób nie lubi tego szarego koloru wypełniającego luki między drzewami. Jednak... Jak wygląda właśnie owa zwykła szarość, jako tło do pełnych żółci drzew? Czy nie jest pięknym wypełnieniem gamy kolorów konarów drzew? Ale niebo to nie tylko szarość. To również rozgwieżdżone sklepienie, gdzie z zapartym tchem poszukuję Wielkiego Wozu (wywołujący za każdym razem dziecięcy uśmiech na mej twarzy), to też malinowy odcień, który pięknie komponuje się z kluczami ptaków lecącymi ku swym pojedynczym azylom. To również stalowa barwa połączona z niebieską... To pochmurne, i na pierwszą myśl, nieprzyjazne rejony, na tle których, drzewa wydają się być bezczelnie doklejone. Czy kremowe chmury na beżowym sklepieniu nie wywołują poczucia spokoju i ciepła? Cóż może być piękniejszego od zmęczonego całym dniem zachodzącego słońca? Może być równie piękny wschód – kiedy to na arenę nieba wkracza zdecydowanie, ale nie w sposób agresywny – słońce – opoka roślin i wszelkich istot żyjących. Wszak od niego zależy nasze życie. Choć sama nie jestem zwolenniczką słonecznych dni (wydają mi się zdecydowanie mniej ciekawe od tych zabarwionych deszczem lub pochmurnymi godzinami), to powitania i pożegnania słońca zawsze wywoływały we mnie szybsze bicie serca. Przecież jest to kolejny dzień mojego życia. Mogłam się już nie obudzić tego poranka, a jednak Bóg wypowiedział nade mną moje imię i pozwolił mi jeszcze delektować się kolejnymi chwilami tutaj. Być może jest to dzień na zrobienie dobrego uczynku, być może na zrozumienie czegoś, co wydawało mi się „czarną magią”, a może mam spotkać człowieka, z którym połączy mnie serdeczna przyjaźń.
Niebo to również odbicie wody. Ilekroć jestem nad morzem widzę ich symbiozę, choć wydaje się, że żywioł morski jest tak odmienny charakterem i specyfiką od „podobłocznych rejonów”, to łącząc je widzimy jedność. Stal wody, która budzi w niej również coraz silniejsze fale, odcina się od zmieszanych wielu tonów niebieskiego nieba. Żywioły współegzystują ze sobą przy nas, a my mamy szansę dostrzec potęgę wody mogącej pochłonąć w swą toń każdą istotę, każdy wyrób ludzkości uważany za przełom w technice. Jedynie czego woda nie może pochłonąć to nieba... Choć linia horyzontu czasem jest niedostrzegalna i obie sfery mylą się nam – delektującym się pięknem tego świata, to Dobry Kapitan, jakim jest Bóg, nie pozwoli, aby któremuś z jego dzieł stała się krzywda i miałoby odejść w zapomnienie.
Ale czy te wszystkie obrazy, które teraz przytaczam, są dla nas na wyciągnięcie dłoni? W wyobraźni na pewno tak, dzięki czemu nie muszę aż tak często (czytaj: co tydzień) jeździć na północ, czy też na południe, by móc ujrzeć prawdziwie Czerwone Wierchy, czy może sztorm na Bałtyku. Ale oprócz wyobraźni jest jeszcze coś, co pozwoli również na uchwycenie smaku i zapachu powietrza. Tym czymś nie jest telewizja, ani Internet. Tym czymś jest spacer.
Tak bardzo piękna forma wypoczynku tego fizycznego, ale i duchowego. „Aby zwolnić puls, aby rozprostować myśli, aby znaleźć lek na lęk” jak śpiewa Anna Maria Jopek. Na spacerze właśnie widzimy przybywanie jesieni w nasze progi, powolną śmierć życia tętniącego coraz wolniej w liściach drzew. A śmierć im natura stworzyła niesamowitą. Umierając mogą ubogacić świat swymi kolorami.
Mam okazję codziennie iść przez las, ponieważ tak się składa, że moja uczelnia mieści się w lesie Bielańskim, dzięki czemu każdego dnia widzę zmiany w przyrodzie. I tak... Dostrzegam swymi oczyma las pełen żółci i coraz smutniejszej zieleni. Czasem i pojawia się brąz, lecz częściej zagości on na ziemi, otoczy swymi ramionami małe listki, dla których pozornie skończyła się wędrówka. Tworzą one swymi, na pozór niepotrzebnymi już ciałkami, klimat zdecydowanej jesieni, gdyż drzewa jeszcze walczą z jego obecnością, choć coraz słabiej. Listki leżące potulnie na dróżkach leśnych również w połączeniu z ziemią wytwarzają jesienny zapach - zapach występujący w tych miesiącach odkąd sięgam moją dwudziestojednoletnią pamięcią.
I choć czasem temperatura powietrza nie zachęca do odkrywania piękna przyrody przygotowującej się do kolejnej pory roku, to jego zapach i smak wyraźnie zaprasza do tego, by spędzić choćby moment na scenie tego przedstawienia. A przedstawienie trwa nieustannie, jest wpisane w nasze życie. Co więcej, uczestniczymy w nim, tworząc i rozwijając nasze postaci. Zapach powietrza może być ostry, lecz przyjazny. Przypomina o jego charakterze i jednocześnie o naszej niedoskonałości. W takich chwilach dziękuję po cichu Bogu za dar myślenia, dzięki któremu możemy choćby tak ciepło i wygodnie się odziać. Rześkość powietrza również zachęca do podejmowania decyzji w naszym życiu. Czasem mam wrażenie, że powietrze też ma swoje nastroje. Gdy jest duszno i parno, jakby nie chciało mu się egzystować, czuje się ogarniające zmęczenie i niechęć do wszelakiego czynu. Natomiast kiedy moja skóra odczuwa ciepły powiew z domieszką zapachu danej pory roku, wiem, że ona zadomowiła się w naszych rejonach porządnie i nie zamierza nas opuszczać przez najbliższy czas. Przytoczona rześkość oraz ostrość powietrza mówią swą urodą o decyzyjności. Wszak prawdziwą sztuką jest umiejętność dokonania wyboru, zrezygnowania z czegoś na koszt innej możliwości. A wspomniana wybrana droga inaczej pachnie. Może pachnieć zgniłymi liśćmi lub mokrą glebą – na znak trudów podejmowanych przez nas. Lecz kiedyś przyjdzie ten moment, kiedy będziemy mogli delektować się wonią kwitnących bzów i akacji.
Każda rzecz ma swój czas i tym piękniejsze jest napotkanie tej wymarzonej chwili, na którą tak długo oczekiwaliśmy. Już oczekiwanie na nią ponosi za sobą wielką radość... A radość cechuje nas – chrześcijan.
Aleksandra Kozieł
środa, 11 listopada 2009
czwartek, 15 października 2009
Artykuł - Październik 2009
Czytanie – przykry obowiązek?
Do tego tematu przymierzałam się przez wiele miesięcy. Finalnie podjęłam tematykę tak bardzo wdzięczną, jaką jest bez wątpienia czytanie. I mimo że moje studia nie są polonistyczne, lecz „teologiczno- kulturowe”, z wielką radością zagłębiam się czysto amatorsko w „książkowe rejony”.
Czym jest dzisiaj literatura? Czym była ona wcześniej? Jak na to patrzą dziś młodzi ludzie? W jaki sposób odbierają ją bardziej doświadczone roczniki?
Nie da się ukryć, iż podejście do czytania książek zależy od naszych pierwszych nauczycieli - rodziców, bliskich, a następnie od pedagogów w szkole. Zrażenie może zahamować chęć poznawania treści istniejących na kartkach, lecz można to zmienić. Jak? Trzeba chcieć.
Gdy byłam mała (a było to nie tak dawno), patrzyłam na książki jak na relikwie. Razem z kolegami z klasy w szkole podstawowej pochłanialiśmy kolejne pozycje. Robiliśmy swego rodzaju wyścigi, kto więcej przeczyta książek z naszej biblioteki szkolnej. „Walka” była zacięta, a sama jej forma niezwykle przyjemna.
Książki niewątpliwie kształtują wyobraźnię, budują bogatsze słownictwo, pomagają zapamiętać trudniejsze struktury w naszym języku. A czy wpływają negatywnie? Jeśli za niekorzystne uznamy brak czasu na nudę, siedzenie przed komputerem, to faktycznie czytanie jest istnym złem.
Sprawa nieco się zmieniła, gdy mój rocznik poszedł do gimnazjum (jestem trzecim rocznikiem, który został „zaszczycony” tą jakże feralną instytucją). Kombinowanie stało się jawne. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyłam „bryki”, które w moich oczach uwłaczały godności treści książek. I mimo że uczęszczałam do (podobno) szkoły na wysokim poziomie, tam zaczęłam dostrzegać jak ludzie „czytają” (w cudzysłowie, ponieważ tego prawdziwym czytaniem nazwać nie można). Ponadto sami nauczyciele nie pochylali się nad fundamentalnymi sprawami z dziedziny lektur (co wpływało na podejście z przymrużeniem oka samej młodzieży).
Następnie liceum (klimatyczny Sowiński przy Rogalińskiej), gdzie po trzyletniej przerwie zobaczyłam ponownie miłość prowadzącej przedmiot do języka ojczystego. Moja pani profesor, pomimo że wielokrotnie zaznaczała (naprawdę) okropne błędy stylistyczne, interpunkcyjne i składniowe, to nadal potrafiła przelać zainteresowanie przedmiotem na ucznia. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, jednak czytanie non stop i przerabianie kolejnych epok, jakże fascynujących, powodowało jedynie coraz większe zaangażowanie w dziedzinę literatury i jej historii.
Dziś rozmawiając z dziećmi, młodzieżą szkolną oraz akademicką, swobodnie można dostrzec różnice. Opracowania zawsze były plagą, lecz wcześniej (roczniki naszych rodziców lub starszego rodzeństwa) niemal każdy wiedział czyje są „Sonety krymskie” lub też znał cechy charakterystyczne dla epoki pozytywizmu. „To było oczywiste.” I nie ze względu na większą miłość młodych ludzi do literatury czy poezji, lecz ze względu na sposób wychowania i wzrastania. Często uśmiecham się sama do siebie, gdy słyszę wypowiedź osoby starszej potrafiącej wyrecytować z pamięci wiersz, którego uczyła się jeszcze w szkole podstawowej. I nie możemy powiedzieć, że starsze pokolenie miało łatwy dostęp do nauki, wszak często ich lata szkolne przekreśliła wojna, a nauczanie było tajne w obawie przed okupantem. Ci ludzie wiedzieli, że świadomość dorobku polskiej kultury i sztuki jest przedłużeniem istnienia naszego narodu. I nie granice państwa (choć o te również walczono), lecz świadomość była niezwykle ważną kwestią, którą próbował wyrwać wróg, zabijając polską inteligencję.
Nie czyńmy krzywdy dzieciom i czytajmy im „sztandarowe” opowiadania, baśni. Opowiadajmy też o historii naszego narodu. Niech wiedzą skąd pochodzą, jak żyli ich przodkowie (tej świadomości nie da im żadna gra komputerowa, telefon, zajęcia tenisa ziemnego czy też nauka od małego 15 języków). Nie bójmy się poświęcać im też czasu na snucie beztroskich gawęd. Niech zakosztują piękna wyobrażenia na swój sposób zamku za siedmioma górami. Zdaję sobie sprawę, iż łączy się to z poświęceniem czasu, lecz perspektywa poprawnego mówienia przez nasze dzieci jest chyba lepsza niż widmo dziecka, które nie ma czasu na nic, tylko siedzi przed komputerem i „czatuje” bez końca w Internecie, co potem odbija się na braku umiejętności (oby!) płynnego czytania i wysłowienia się. W tej chwili być może demonizuję sprawę, lecz świadomie. Biblioteki publiczne są w posiadaniu tysięcy książek dla dziecka i młodzieńca na różnych etapach rozwoju. (Zatem argumenty natury finansowej są w tej chwili obalone.)
Nie szczędźmy zatem czasu i sił dzieciom, ponieważ plony będą naprawdę obfite!
- Aleksandra Kozieł
Do tego tematu przymierzałam się przez wiele miesięcy. Finalnie podjęłam tematykę tak bardzo wdzięczną, jaką jest bez wątpienia czytanie. I mimo że moje studia nie są polonistyczne, lecz „teologiczno- kulturowe”, z wielką radością zagłębiam się czysto amatorsko w „książkowe rejony”.
Czym jest dzisiaj literatura? Czym była ona wcześniej? Jak na to patrzą dziś młodzi ludzie? W jaki sposób odbierają ją bardziej doświadczone roczniki?
Nie da się ukryć, iż podejście do czytania książek zależy od naszych pierwszych nauczycieli - rodziców, bliskich, a następnie od pedagogów w szkole. Zrażenie może zahamować chęć poznawania treści istniejących na kartkach, lecz można to zmienić. Jak? Trzeba chcieć.
Gdy byłam mała (a było to nie tak dawno), patrzyłam na książki jak na relikwie. Razem z kolegami z klasy w szkole podstawowej pochłanialiśmy kolejne pozycje. Robiliśmy swego rodzaju wyścigi, kto więcej przeczyta książek z naszej biblioteki szkolnej. „Walka” była zacięta, a sama jej forma niezwykle przyjemna.
Książki niewątpliwie kształtują wyobraźnię, budują bogatsze słownictwo, pomagają zapamiętać trudniejsze struktury w naszym języku. A czy wpływają negatywnie? Jeśli za niekorzystne uznamy brak czasu na nudę, siedzenie przed komputerem, to faktycznie czytanie jest istnym złem.
Sprawa nieco się zmieniła, gdy mój rocznik poszedł do gimnazjum (jestem trzecim rocznikiem, który został „zaszczycony” tą jakże feralną instytucją). Kombinowanie stało się jawne. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyłam „bryki”, które w moich oczach uwłaczały godności treści książek. I mimo że uczęszczałam do (podobno) szkoły na wysokim poziomie, tam zaczęłam dostrzegać jak ludzie „czytają” (w cudzysłowie, ponieważ tego prawdziwym czytaniem nazwać nie można). Ponadto sami nauczyciele nie pochylali się nad fundamentalnymi sprawami z dziedziny lektur (co wpływało na podejście z przymrużeniem oka samej młodzieży).
Następnie liceum (klimatyczny Sowiński przy Rogalińskiej), gdzie po trzyletniej przerwie zobaczyłam ponownie miłość prowadzącej przedmiot do języka ojczystego. Moja pani profesor, pomimo że wielokrotnie zaznaczała (naprawdę) okropne błędy stylistyczne, interpunkcyjne i składniowe, to nadal potrafiła przelać zainteresowanie przedmiotem na ucznia. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, jednak czytanie non stop i przerabianie kolejnych epok, jakże fascynujących, powodowało jedynie coraz większe zaangażowanie w dziedzinę literatury i jej historii.
Dziś rozmawiając z dziećmi, młodzieżą szkolną oraz akademicką, swobodnie można dostrzec różnice. Opracowania zawsze były plagą, lecz wcześniej (roczniki naszych rodziców lub starszego rodzeństwa) niemal każdy wiedział czyje są „Sonety krymskie” lub też znał cechy charakterystyczne dla epoki pozytywizmu. „To było oczywiste.” I nie ze względu na większą miłość młodych ludzi do literatury czy poezji, lecz ze względu na sposób wychowania i wzrastania. Często uśmiecham się sama do siebie, gdy słyszę wypowiedź osoby starszej potrafiącej wyrecytować z pamięci wiersz, którego uczyła się jeszcze w szkole podstawowej. I nie możemy powiedzieć, że starsze pokolenie miało łatwy dostęp do nauki, wszak często ich lata szkolne przekreśliła wojna, a nauczanie było tajne w obawie przed okupantem. Ci ludzie wiedzieli, że świadomość dorobku polskiej kultury i sztuki jest przedłużeniem istnienia naszego narodu. I nie granice państwa (choć o te również walczono), lecz świadomość była niezwykle ważną kwestią, którą próbował wyrwać wróg, zabijając polską inteligencję.
Nie czyńmy krzywdy dzieciom i czytajmy im „sztandarowe” opowiadania, baśni. Opowiadajmy też o historii naszego narodu. Niech wiedzą skąd pochodzą, jak żyli ich przodkowie (tej świadomości nie da im żadna gra komputerowa, telefon, zajęcia tenisa ziemnego czy też nauka od małego 15 języków). Nie bójmy się poświęcać im też czasu na snucie beztroskich gawęd. Niech zakosztują piękna wyobrażenia na swój sposób zamku za siedmioma górami. Zdaję sobie sprawę, iż łączy się to z poświęceniem czasu, lecz perspektywa poprawnego mówienia przez nasze dzieci jest chyba lepsza niż widmo dziecka, które nie ma czasu na nic, tylko siedzi przed komputerem i „czatuje” bez końca w Internecie, co potem odbija się na braku umiejętności (oby!) płynnego czytania i wysłowienia się. W tej chwili być może demonizuję sprawę, lecz świadomie. Biblioteki publiczne są w posiadaniu tysięcy książek dla dziecka i młodzieńca na różnych etapach rozwoju. (Zatem argumenty natury finansowej są w tej chwili obalone.)
Nie szczędźmy zatem czasu i sił dzieciom, ponieważ plony będą naprawdę obfite!
- Aleksandra Kozieł
Artykuł - Wrzesień 2009
Charakterystyczne, już nie tak palące, zachodzące słońce delikatnie oświetla zmęczone upałem drzewa, które szumem przywołują coraz prężniej wrześniowe dni. Kolejny rok szkolny rozpocznie się pierwszym dzwonkiem (z tego tytułu życzenia sił i radości kieruję do nauczycieli i uczniów), studenci mają jeszcze miesiąc wolności (chyba, że niektórzy spotkają się w korytarzach swych uczelni na „kampanii wrześniowej” - poprawkach. Braci studenckiej męczącej się teraz nad nauką życzę zaliczenia zaległych egzaminów). Nie tylko szkoły i uczelnie przygotowały dla swych podopiecznych zagadnienia, które w najbliższym czasie mają zgłębić, ale również Kościół zagwarantował pewne „dodatki” wiernym, aby mieli nad czym się pochylać w trakcie mijającego roku.
Papież Benedykt XVI nieszporami 19 czerwca br. otworzył Rok Kapłański. Pięknie brzmi, jednak czy dla samego tytułu Ojciec Święty ogłosił owe dni Rokiem Kapłańskim? Stanowczo nie. Najpierw musimy zastanowić się kim jest kapłan? Tak często używane przez nas słowo niesie ze sobą potężny bagaż znaczeniowy. Kapłanem jest człowiek, który wykonuje obrzędy religijne. Jest on również pośrednikiem między bóstwem a wyznawcami. Magicznie brzmi? Owszem. Przełóżmy to na język bardziej „ludzki”. W naszym rozumieniu kapłan to mężczyzna konsekrowany, co więcej posiadający święcenia. A jakie to święcenia? Właśnie kapłańskie. Jest on dopuszczony przez Kościół (po długich przygotowaniach i pracy nad sobą) do posługi we wspólnocie Kościoła. Czyżby posługi? Tak, jak najbardziej. On swoją osobą pomaga innym we wzroście duchowym, zgłębianiu sensu i praktykowaniu wiary, a nie tylko w uczestnictwie w obrzędach religijnych. Zaznaczmy też jasno, iż wiara i religia nie oznaczają tego samego (o czym już wspominałam w poprzednich artykułach). Wszak można uczestniczyć w nabożeństwach i być osobą religijną, ale czy będąc jedynie obecnym ciałem możemy swobodnie określić siebie mianem człowieka wiary?
Kapłan – prawdziwie wierzący człowiek, który odczytał powołanie nadane jemu przez Boga (czyli nie z przypadku).
Skierujmy swą uwagę na „obowiązki” dnia codziennego. Kapłan sprawuje Pamiątkę Najświętszej Ofiary - czyli Mszę Świętą, udziela sakramentów. Jednak wszystko, co czyni musi być w zgodzie z nauczaniem Magisterium Kościoła Katolickiego.
Neoprezbiter (świeżo wyświęcony kapłan) idzie na cały świat (jest posłany jak nowo testamentalni uczniowie Jezusa Chrystusa) i głosi Ewangelię – Dobrą Nowinę o Chrystusie Jezusie. Jako że kapłan jest człowiekiem posłanym do wszystkich ludzi, powinien być otwartym na każdego. Jednak otwartości nie łączmy z uległością. Twardy kręgosłup moralny oraz konsekwencja są bardzo ważnymi elementami w posłudze kapłanów. Czemu? Aby sami mogli wypełniać przykazania dane od Boga, oraz by swoją postawą, wytrwałością ukazywali prawdę w dziele zbawienia, jakie się nieustannie dokonuje na naszych oczach.
Prezbiterzy jako jedna z grup osób konsekrowanych (oprócz sióstr oraz braci zakonnych) również składają śluby posłuszeństwa, czystości i ubóstwa. Co to oznacza dla człowieka ze świata dzisiejszego? Oznacza to wyłączność tego człeka dla Boga. To on związał się na całe życie z Bogiem. Przeznaczył Stwórcy wszelkie swoje siły, słabości oraz przede wszystkim miłość, której nieustannie uczy się od samego Ojca.
I powracając do samego Roku Kapłańskiego... Do czego wzywa nas Papież? Abyśmy modlili się za kapłanów, diakonów, by potrafili wypełniać z wiarą i miłością zadania im powierzone. By z cierpliwością podchodzili do bliźniego. Papież również prosi o modlitwę o powołania, by było więcej głosicieli Chrystusa. Jest to wezwanie również do nas, abyśmy my - świeccy - współpracowali z prezbiterami. Pamiętajmy, że Kościół to też, a nawet przede wszystkim świeccy wierni. Jednocześnie chcę zaapelować, byśmy nie traktowali prezbiterów jak „bożków”, ponieważ są oni takimi samymi ludźmi jak my. Ksiądz nie jest oderwany od rzeczywistości, nie jest pozbawiony procesów biologicznych, jest również osobą słabą i grzeszną. Często jednak spotykamy się z wizją księdza, jako „świętego”- nic bardziej błędnego.
Ten rok jest również dobrym momentem do rozważenia powołania każdego z nas. Pewnym jest to, że każdy człowiek jest powołany do świętości. Jednak w spokoju i pełnej ufności rozważmy do czego mnie konkretnie Chrystus powołał. Dzisiejszy świat (chcę zaznaczyć wyraźnie, iż nie rozpatruję obecnych czasów w kategoriach całkowitego rozpadu moralności) mimo wszystko nie ułatwia wyboru spośród możliwych dróg, wędrówki za Chrystusem. Jednak owy brak zdecydowania odnosi się również do innych powołań, choćby do małżeństwa kobiety i mężczyzny, którego sens piętnuje się na rzecz „bycia w wolnym związku bez zbędnych papierków”. Tak, boimy się w dużej części podejmować decyzje na całe życie. Syndrom niedojrzałego człowieka? Wiecznego dziecka? Można to zmienić.
Zachęcam też ciepło, aby podczas Roku Kapłańskiego zgłębić historię postaci Św. Jana Marii Vianney'a. Czemu akurat jego osoba? Ponieważ jest wspaniałym przykładem prezbitera, a przede wszystkim zwykłego człowieka, który prawdziwie wierzył i był cierpliwy wobec wszelkiego bólu jakiego zaznał w życiu.
Obyśmy ten przeznaczony czas dobrze wykorzystali na zgłębieniu charakteru postaci prezbiterów. Wszak z nimi mamy do czynienia nieustannie i to od nas w dużym stopniu zależy jak będzie wyglądała dalsza nasza praca na rzecz Kościoła, w którym jest nam dane żyć.
Aleksandra Kozieł
Papież Benedykt XVI nieszporami 19 czerwca br. otworzył Rok Kapłański. Pięknie brzmi, jednak czy dla samego tytułu Ojciec Święty ogłosił owe dni Rokiem Kapłańskim? Stanowczo nie. Najpierw musimy zastanowić się kim jest kapłan? Tak często używane przez nas słowo niesie ze sobą potężny bagaż znaczeniowy. Kapłanem jest człowiek, który wykonuje obrzędy religijne. Jest on również pośrednikiem między bóstwem a wyznawcami. Magicznie brzmi? Owszem. Przełóżmy to na język bardziej „ludzki”. W naszym rozumieniu kapłan to mężczyzna konsekrowany, co więcej posiadający święcenia. A jakie to święcenia? Właśnie kapłańskie. Jest on dopuszczony przez Kościół (po długich przygotowaniach i pracy nad sobą) do posługi we wspólnocie Kościoła. Czyżby posługi? Tak, jak najbardziej. On swoją osobą pomaga innym we wzroście duchowym, zgłębianiu sensu i praktykowaniu wiary, a nie tylko w uczestnictwie w obrzędach religijnych. Zaznaczmy też jasno, iż wiara i religia nie oznaczają tego samego (o czym już wspominałam w poprzednich artykułach). Wszak można uczestniczyć w nabożeństwach i być osobą religijną, ale czy będąc jedynie obecnym ciałem możemy swobodnie określić siebie mianem człowieka wiary?
Kapłan – prawdziwie wierzący człowiek, który odczytał powołanie nadane jemu przez Boga (czyli nie z przypadku).
Skierujmy swą uwagę na „obowiązki” dnia codziennego. Kapłan sprawuje Pamiątkę Najświętszej Ofiary - czyli Mszę Świętą, udziela sakramentów. Jednak wszystko, co czyni musi być w zgodzie z nauczaniem Magisterium Kościoła Katolickiego.
Neoprezbiter (świeżo wyświęcony kapłan) idzie na cały świat (jest posłany jak nowo testamentalni uczniowie Jezusa Chrystusa) i głosi Ewangelię – Dobrą Nowinę o Chrystusie Jezusie. Jako że kapłan jest człowiekiem posłanym do wszystkich ludzi, powinien być otwartym na każdego. Jednak otwartości nie łączmy z uległością. Twardy kręgosłup moralny oraz konsekwencja są bardzo ważnymi elementami w posłudze kapłanów. Czemu? Aby sami mogli wypełniać przykazania dane od Boga, oraz by swoją postawą, wytrwałością ukazywali prawdę w dziele zbawienia, jakie się nieustannie dokonuje na naszych oczach.
Prezbiterzy jako jedna z grup osób konsekrowanych (oprócz sióstr oraz braci zakonnych) również składają śluby posłuszeństwa, czystości i ubóstwa. Co to oznacza dla człowieka ze świata dzisiejszego? Oznacza to wyłączność tego człeka dla Boga. To on związał się na całe życie z Bogiem. Przeznaczył Stwórcy wszelkie swoje siły, słabości oraz przede wszystkim miłość, której nieustannie uczy się od samego Ojca.
I powracając do samego Roku Kapłańskiego... Do czego wzywa nas Papież? Abyśmy modlili się za kapłanów, diakonów, by potrafili wypełniać z wiarą i miłością zadania im powierzone. By z cierpliwością podchodzili do bliźniego. Papież również prosi o modlitwę o powołania, by było więcej głosicieli Chrystusa. Jest to wezwanie również do nas, abyśmy my - świeccy - współpracowali z prezbiterami. Pamiętajmy, że Kościół to też, a nawet przede wszystkim świeccy wierni. Jednocześnie chcę zaapelować, byśmy nie traktowali prezbiterów jak „bożków”, ponieważ są oni takimi samymi ludźmi jak my. Ksiądz nie jest oderwany od rzeczywistości, nie jest pozbawiony procesów biologicznych, jest również osobą słabą i grzeszną. Często jednak spotykamy się z wizją księdza, jako „świętego”- nic bardziej błędnego.
Ten rok jest również dobrym momentem do rozważenia powołania każdego z nas. Pewnym jest to, że każdy człowiek jest powołany do świętości. Jednak w spokoju i pełnej ufności rozważmy do czego mnie konkretnie Chrystus powołał. Dzisiejszy świat (chcę zaznaczyć wyraźnie, iż nie rozpatruję obecnych czasów w kategoriach całkowitego rozpadu moralności) mimo wszystko nie ułatwia wyboru spośród możliwych dróg, wędrówki za Chrystusem. Jednak owy brak zdecydowania odnosi się również do innych powołań, choćby do małżeństwa kobiety i mężczyzny, którego sens piętnuje się na rzecz „bycia w wolnym związku bez zbędnych papierków”. Tak, boimy się w dużej części podejmować decyzje na całe życie. Syndrom niedojrzałego człowieka? Wiecznego dziecka? Można to zmienić.
Zachęcam też ciepło, aby podczas Roku Kapłańskiego zgłębić historię postaci Św. Jana Marii Vianney'a. Czemu akurat jego osoba? Ponieważ jest wspaniałym przykładem prezbitera, a przede wszystkim zwykłego człowieka, który prawdziwie wierzył i był cierpliwy wobec wszelkiego bólu jakiego zaznał w życiu.
Obyśmy ten przeznaczony czas dobrze wykorzystali na zgłębieniu charakteru postaci prezbiterów. Wszak z nimi mamy do czynienia nieustannie i to od nas w dużym stopniu zależy jak będzie wyglądała dalsza nasza praca na rzecz Kościoła, w którym jest nam dane żyć.
Aleksandra Kozieł
wtorek, 1 września 2009
Artykuł - Czerwiec 2009
O mądrym odpoczynku słów kilka
Czerwiec, promienie słoneczne otaczają niemal każdą materię istniejącą na ziemi, lekki podmuch wiatru przegania pyłki kwitnących roślin, coraz dłuższe dni zachęcają do spacerów. Aura nie ułatwia nam mobilizacji do nauki. Czerwiec nadszedł, Szanowni Państwo!
Dla niektórych te dni przywołują na myśl zbliżającą się przerwę w nauce na 2 miesiące, dla innych na 3. Jeszcze inni muszą zadowolić się dwutygodniowym urlopem, aby móc zregenerować siły na następne miesiące wytężonej pracy.
Formę tytułu artykułu można porównać z dziełami Ojców Kościoła, jednak nie pokuszę się na nauczycielski charakter przedstawienia owej materii. Dlaczego? Ponieważ nie moim zadaniem jest prawić wszelakiego rodzaju morały, ale zwrócić uwagę na często pomijane aspekty występujące w dzisiejszej kulturze.
Spoglądając na oferty wycieczek, zwracamy uwagę na ilość gwiazdek oceniających hotel, w którym będziemy stacjonować; sposób podawania posiłków; dostęp do basenu; temperaturę powietrza i wody w danym obszarze. A czy zwracamy uwagę na materię czysto duchową – niedostrzegalną przez nasze oczy, a mianowicie: źródła kultury występującej w danym miejscu? Czy chcemy pochylić się nad aspektem ‘inności’ rejonu? Czy jesteśmy otwarci na ową kulturę?
Czasem należy schować w kieszeń szkiełko i oko, a pochylić się w nad wspomnianym zagadnieniem nieco ‘irracjonalnie’ w mniemaniu wyznawców oświecenia.
Podróże kształcą, rozszerzają horyzonty, rozluźniają człowieka, którego spięcie blokuje przez cały rok. Często jednak nie zadajemy sobie pytań o źródło pochodzenia kultury, zadowalamy się jedynie wieloma rodzajami kompendiów, dzięki któremu mamy wrażenie szerokiej wiedzy o danym miejscu – nic bardziej mylnego. (Znów) Dlaczego? Ponieważ nie odwołujemy się do serca, a jedynie spoglądamy w sposób leniwy na kulturę, która została poddana często homogenizacji upraszczającej. Sama homogenizacja oznacza tyle, co uproszczenie, ujednolicenie. Jest to ewidentny twór kultury masowej. Drugi człon wspomnianej nazwy oznacza wyrugowanie z odmętów kultury wszelkich trudniejszych elementów.
Nie twierdzę, że wszelkiego rodzaju wyjazdy i przewodniki są złe, zaznaczam jedynie potrzebę sięgania do rdzenia zagadnienia z którego wypływa konkretne zachowanie charakterystyczne dla danego kręgu kulturowego. Owy brak podążania do korzeni przejawia się w każdej dziedzinie życia. Chodzi mi o to, abyśmy nie kierowali się istniejącymi modami w danym sezonie. Chodzi o świadome zdecydowanie i odpowiedzenie na pytanie: Czemu akurat to miejsce?
Wracając jednak do samego zagadnienia wakacji i wypoczynku, nie wzywam do pisania prac naukowych na temat miejsc, które zwiedzaliśmy, wzywam natomiast do spojrzenia swoją, konkretną osobą. Nie ganiajmy z prędkością ponaddźwiękową od jednego miejsca do drugiego, nie twórzmy listy obowiązkowych miejsc, a zasmakujmy niepowtarzalnego smaku powietrza.
Dlatego też zachęcam gorąco i szczerze do tego, by w czasie urlopu nie „wyłączać” mózgu. Zapraszam do zastanowienia się nad swoim życiem, sensem owej wędrówki, pięknem miłości, która każdego z nas dotyka. W ciągu roku jesteśmy tak bardzo zaganiani, że zapominamy o codziennym uśmiechu na widok małego dziecka, czy zachwycie nad pięknem zachodu słońca. Urlop daje nam możliwość poukładania naszego jestestwa. Możemy swobodnie wyjść z garniturów, zapomnieć o problemach związanych z terminowym oddaniem projektu szefowi. Jest to czas odpoczynku fizycznego i relaksu duchowego, co wiąże się z jego rozwojem. Wszak człowiek jest tą jedyną, niepowtarzalną, piękną istotą, która potrafi siebie udoskonalać i przemieniać. Życzę, byśmy w te wakacje po prostu zaczęli żyć!
-Aleksandra Kozieł
Czerwiec, promienie słoneczne otaczają niemal każdą materię istniejącą na ziemi, lekki podmuch wiatru przegania pyłki kwitnących roślin, coraz dłuższe dni zachęcają do spacerów. Aura nie ułatwia nam mobilizacji do nauki. Czerwiec nadszedł, Szanowni Państwo!
Dla niektórych te dni przywołują na myśl zbliżającą się przerwę w nauce na 2 miesiące, dla innych na 3. Jeszcze inni muszą zadowolić się dwutygodniowym urlopem, aby móc zregenerować siły na następne miesiące wytężonej pracy.
Formę tytułu artykułu można porównać z dziełami Ojców Kościoła, jednak nie pokuszę się na nauczycielski charakter przedstawienia owej materii. Dlaczego? Ponieważ nie moim zadaniem jest prawić wszelakiego rodzaju morały, ale zwrócić uwagę na często pomijane aspekty występujące w dzisiejszej kulturze.
Spoglądając na oferty wycieczek, zwracamy uwagę na ilość gwiazdek oceniających hotel, w którym będziemy stacjonować; sposób podawania posiłków; dostęp do basenu; temperaturę powietrza i wody w danym obszarze. A czy zwracamy uwagę na materię czysto duchową – niedostrzegalną przez nasze oczy, a mianowicie: źródła kultury występującej w danym miejscu? Czy chcemy pochylić się nad aspektem ‘inności’ rejonu? Czy jesteśmy otwarci na ową kulturę?
Czasem należy schować w kieszeń szkiełko i oko, a pochylić się w nad wspomnianym zagadnieniem nieco ‘irracjonalnie’ w mniemaniu wyznawców oświecenia.
Podróże kształcą, rozszerzają horyzonty, rozluźniają człowieka, którego spięcie blokuje przez cały rok. Często jednak nie zadajemy sobie pytań o źródło pochodzenia kultury, zadowalamy się jedynie wieloma rodzajami kompendiów, dzięki któremu mamy wrażenie szerokiej wiedzy o danym miejscu – nic bardziej mylnego. (Znów) Dlaczego? Ponieważ nie odwołujemy się do serca, a jedynie spoglądamy w sposób leniwy na kulturę, która została poddana często homogenizacji upraszczającej. Sama homogenizacja oznacza tyle, co uproszczenie, ujednolicenie. Jest to ewidentny twór kultury masowej. Drugi człon wspomnianej nazwy oznacza wyrugowanie z odmętów kultury wszelkich trudniejszych elementów.
Nie twierdzę, że wszelkiego rodzaju wyjazdy i przewodniki są złe, zaznaczam jedynie potrzebę sięgania do rdzenia zagadnienia z którego wypływa konkretne zachowanie charakterystyczne dla danego kręgu kulturowego. Owy brak podążania do korzeni przejawia się w każdej dziedzinie życia. Chodzi mi o to, abyśmy nie kierowali się istniejącymi modami w danym sezonie. Chodzi o świadome zdecydowanie i odpowiedzenie na pytanie: Czemu akurat to miejsce?
Wracając jednak do samego zagadnienia wakacji i wypoczynku, nie wzywam do pisania prac naukowych na temat miejsc, które zwiedzaliśmy, wzywam natomiast do spojrzenia swoją, konkretną osobą. Nie ganiajmy z prędkością ponaddźwiękową od jednego miejsca do drugiego, nie twórzmy listy obowiązkowych miejsc, a zasmakujmy niepowtarzalnego smaku powietrza.
Dlatego też zachęcam gorąco i szczerze do tego, by w czasie urlopu nie „wyłączać” mózgu. Zapraszam do zastanowienia się nad swoim życiem, sensem owej wędrówki, pięknem miłości, która każdego z nas dotyka. W ciągu roku jesteśmy tak bardzo zaganiani, że zapominamy o codziennym uśmiechu na widok małego dziecka, czy zachwycie nad pięknem zachodu słońca. Urlop daje nam możliwość poukładania naszego jestestwa. Możemy swobodnie wyjść z garniturów, zapomnieć o problemach związanych z terminowym oddaniem projektu szefowi. Jest to czas odpoczynku fizycznego i relaksu duchowego, co wiąże się z jego rozwojem. Wszak człowiek jest tą jedyną, niepowtarzalną, piękną istotą, która potrafi siebie udoskonalać i przemieniać. Życzę, byśmy w te wakacje po prostu zaczęli żyć!
-Aleksandra Kozieł
Subskrybuj:
Posty (Atom)